Jak spotkałem Boga

Mam wrażenie, że Bóg był zawsze gdzieś w pobliżu, przy mnie. Gdy byłem dzieckiem i przechodziliśmy z rodziną trudne chwile z powodów alkoholowych ojca, i gdy znajdowałem ustronne miejsca, kryjówki sam na sam ze sobą. Gdy przechadzałem się leśnymi i polnymi drogami, i gdy wchodziłem w różne klasztorne zakamarki będąc u wujków w klasztorze.
Myślę, że modlitwę, czy zwracanie się do Boga, nauczyła mnie babcia, z którą spędzałem większą część dzieciństwa. Babcia była zawsze gorliwą katoliczką. Miała brata księdza z zakonu paulinów w Częstochowie i przyjaciela wujka przeora „Jasnej Góry”. Wiele razy jeździłem z babcią do sanktuariów takich, jak Częstochowa, czy Leśna Podlaska, mieszkaliśmy tam niekiedy po parę tygodni. Tak poznawałem życie klasztorne i jego zakamarki. Byłem też ministrantem i lektorem. Uczestniczyłem w bardzo aktywnym życiu religijnym, zgodnie z trendem moich znajomych kolegów i rodziny. Wiele razy czytałem na mszy Pismo Święte. Teraz wiem, że bardziej chodziło o retorykę i formę, niż zrozumienie treści przesłania. Często podczas mszy wpatrywałem się we freski na sklepieniu, na którym był wizerunek Boga Ojca, przedstawiony jako staruszek z siwą brodą w towarzystwie królowej Maryji i Jezusa. Wokół rozsiani byli aniołowie czy święci, i tak sobie mniej więcej wyobrażałem Boga.
Ale moja modlitwa zaczynała się dopiero gdy przed snem, pod kołdrą, odmówiłem szybko „Ojcze nasz”, „zdrowaś Mario” i „aniele boże”, i rozpoczynałem mój zwyczajny dialog z słuchającym mnie stwórcą. Zawsze towarzyszyło temu poczucie czyjejś obecności oraz kojące na sercu ciepło. Teraz pamiętam to dokładnie, jakbym zanurzał się w spowitym wokół mnie obłoku.
W miarę dorastania próbowałem wielu rzeczy, doświadczeń, przygód i znajomości. Szukałem duchowości w medytacji i w religiach wschodu, bo jakby dotychczasowa wiara w kościele, była dla mnie za bardzo obrządkowa i bez ducha. W medytacji doświadczyłem głębokich przeżyć duchowych, tkwiąc w pozycji lotosu, nieraz po kilka godzin. Nie miałem nauczycieli szukałem inspiracji w różnych książkach. W tym czasie ćwiczyłem karate i inne walki, mieszkałem też przez rok ze swoim dziadkiem, malowałem w tym czasie obrazy przygotowując się do wyboru szkoły średniej, o profilu plastycznym. W latach osiemdziesiątych udzielił mi się nurt polskiej muzyki rockowej, potem czerpałem bardziej z muzyki zachodniej. I tak w liceum ogólnokształcącym zostałem chyba jednym, a może i pierwszym, „heavy metalowcem”, fanem muzyki heavy metal, który coraz bardziej upodabniał się do swoich idoli. Zapuściłem włosy, nosiłem łańcuchy, getry, kurtki z wymalowanymi wizerunkami różnych demonów. Śpiewałem też w dwóch zespołach o repertuarze hard rockowym i heavy metalowym.
W początkowym okresie liceum pojechałem na wyjazd harcerski z przyjaciółmi. Był to czas kontynuacji różnych eksperymentów i różnych używek. Pewnego razu po odurzaniu się płynem do czyszczenia skór, w jakiejś wiejskiej mazurskiej stodole, mój organizm zaczął walczyć z zatruciem. Serce przyśpieszyło do 200 uderzeń, traciłem kontakt i czułem, że to coś innego niż odurzenie. Niektórzy z towarzystwa w miarę przytomni próbowali mi pomóc. Nie było w pobliżu telefonów, a do najbliższego szpitala kilkadziesiąt kilometrów. Traciłem kontakt i przez jakiś czas znalazłem się jakby w czarnym tunelu, miałem przekonanie, że to koniec, odchodzę w nieodwracalny mrok. Moje życie jest niespełnione. Tak dużo miałem jeszcze przeżyć, zrobić i nie wiem dokąd odchodzę. Z głębi mojej duszy dobył się przeraźliwy krzyk, jak wycie zarzynanego zwierzęcia, pełny przerażenia, strachu, wołając o pomoc z głębi siebie. Nie mogłem tego znieść i nic nie mogłem zrobić w całkowitym paraliżu, bezwładzie i mroku. Nie wiem ile to trwało. Potem wszystko ucichło i zaczęło się rozjaśniać. Widziałem niewyraźniej twarze wokół mnie i uczucie, że wracam. Po tym zdarzeniu przez następne tygodnie myślałem, że to znak, szansa na lepsze decyzje. Nie wiedziałem co dalej, jakby nie było wskazówek, ale było pragnienie by szukać odpowiedzi. Zwróciłem się do niewidzialnego Boga, sięgnąłem po książki o wierze i sięgnąłem po Pismo Święte. Po jakimś czasie życie odciągnęło mnie od tej literatury, która jakby z pozoru nic nie wniosła, i do niczego się specjalnie nie przydała. Choć było w tym coś magicznego, pociągającego, jakaś duchowość, jakaś nieodgadniona głębia.
Po dwóch lub trzech latach dopadło minię rozczarowanie życiem, gdy widziałem upadające wartości, i poznawałem brutalizm życia. Siedząc na wzgórzu nad jeziorem mając nóż i myśli samobójcze zapragnąłem końca życia, czułem depresję i ból.
To uczucie było tak bolesne, że chciałem targnąć się na życie. Myślałem jak to zrobić czy podciąć żyły, czy może pod wpływem inspiracji wschodu rzucić się na nóż. Przykładałem sobie ostrze do serca by wyczuć jego bicie i tętno żył. Gdy walczyłem z decyzją, a właściwie z dokonaniem próby, poczułem wokół siebie potężną miłość, która oplotła mnie, i byłem jakby zanurzony w ciepłej galarecie. Jakiejś dziwnej substancji, która zawładnęła moim sercem i myślami. Nie patrzyłem w przeszłość ale myślałem tylko o tym co się dzieje teraz, co to jest. To uczucie miłości mówiło jakby do mnie, słyszałem głos: „byłem pośród ludzi, byłem pośród ludzi, byłem wśród ludzi, nie jesteś sam…”. Zrozumiałem, że to Bóg. Choć szukałem go aby go zobaczyć, nie zobaczyłem, ale czułem wokół siebie, na sobie, w sobie, jakby mnie przenikał. Zrozumiałem po latach samotnego szukania Boga (gdy go poszukiwałem w medytacji i w Biblii), że to Jezus był pośród ludzi. Ta myśl długo brzmiała we mnie. W niedługim czasie poznałem Baptystów, ale nie chciałem słuchać ludzi w garniturach, którzy wiedzą lepiej i mają odpowiedź na każdy twój problem i problemy świata. Było też kilka osób całkiem przystępnych, od których otrzymałem cenną wskazówkę, abym zaczął czytać Biblię od Nowego Testamentu od ewangelii. Rzeczywiście utknąłem w Starym Testamencie w opisach okrutnego Boga, rytuałach i obrzędach, których nie rozumiałem. Znów sięgnąłem do Biblii i odkrywałem osobiste odpowiedzi w ewangeliach, ze słów i ducha z nich płynącego. Wyjechałem do szkoły artystycznej, gdzie byli artyści z całego kraju, tworząc wybuchową mieszankę osobowości. Mnie jednak pociągało coś innego. Wieczorami i nocami odkrywałem Słowo Boże dla siebie. Czułem ciepło na sercu i na duszy, które tak mnie wciągnęło, że nie mogę przestać nawet po 26 latach. Chciałem pójść za tym wezwaniem serca, za tą duchowością, za Bożym głosem. Bo co mogło być wspanialszego? Gdy zrozumiałem, że nie ma innego sposobu aby pojednać się z Bogiem, przyjąłem świadomie Jezusa Chrystusa, uczyniłem go swoim Panem i nauczycielem, manifestując swoją wiarę w chrzcie u Baptystów. Po tym jak w dzieciństwie poznawałem Boga Ojca, a przez Pismo Święte zobaczyłem Jezusa i Jego zbawienie, po ośmiu czy dziesięciu latach poznałem Ducha Świętego. I zrozumiałem, że był On tak naprawdę przy mnie od początku. I teraz jest moim przyjacielem, nauczycielem i prawdą o życiu. Czuję jego obecność i chcę z Nim podążać w tym życiu i w przyszłym. To nie tylko wspaniałe uczucie, poznanie, zrozumienie, działanie, powołanie, przeznaczenie, to inny rodzaj i styl życia. I ta nie kończąca się Jego głębia, która tak bardzo mnie pociąga w Jego odkrywaniu. On istnieje naprawdę i jest Duchem. Wyszukaj to słowo „Duchem” w Biblii a zobaczysz więcej w całym kontekście. To nie tylko słowo, ponieważ „słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas”.

B.