Wyszłam z depresji i samotności

Od zawsze byłam osobą o głębokim wnętrzu, tak również o mnie mówiono. Bywałam często w świecie swojej wyobraźni ubranej w kolory barwnego świata marzeń. Wzrastałam może nie w beztrosce ale jakby patrząc na problemy jaśniej. Rodzice jakoś sobie radzili w pracy lecz może nie bardzo w bliskości ze sobą. Ogólnie można powiedzieć niczego mi nie brakowało, zawsze było nas stać na wakacje. W liceum i na studiach również sobie radziłam także towarzysko. Poznałam wiele koleżanek i kolegów z różnego środowiska. Nie patrzyłam na ludzi poprzez ich statut posiadania, bardziej ciekawiły i przyciągały mnie osobowości. W wieku dorastania bywało różnie, niekiedy trudniej ale zawsze jakoś do przodu. Raczej nie tkwiłam w stanie zniechęcenia brałam głęboki oddech może jakiś relaks i do przodu. Jeśli chodzi o naukę byłam dość zaradna, pojętna i przy tym również pracowita, można powiedzieć systematyczna. Byłam ciekawa świata ale też miałam marzenia o rodzinie, jak również zawodowe i to było motorem w moim życiu. Szczególnie na studiach i na początku swojej zawodowej kariery wiedziałam czego chcę. Chociaż nie było tak sielankowo, było chwiejnie emocjonalnie, jak by to ktoś określił psychologicznie 🙂 Praca o dużej odpowiedzialności jest zwykle dobrze nagradzana ale nie zawsze własne poczucie spokoju zaspokoi dobra pensja. Najczęściej właśnie to dobre wynagrodzenie wiąże się z dużym kosztem życia, obciążeniem. W nawale taśmowych obowiązków człowiek czuje zmęczenie tym motorycznym i notorycznym wysiłkiem. Tak, stać mnie na wakacje i to nawet dobre, ale nie zawsze w dogodnym terminie, o tym decydują również zobowiązania, terminy i zadania do wykonania. Wydawało mi się, że umiem sobie radzić z depresją. Bywały w przeszłości pewnego rodzaju stany zniechęcenia i wiedziałam że nie mogę w nich tak tkwić. Bo to jakbym godziła się na bycie w tym miejscu z tymi natarczywymi myślami, które przychodzą jakby nie wiadomo skąd. Przychodziły jednak najczęściej gdy zbyt dużo czasu spędzałam na poddawaniu się płynnym myślom: czego jeszcze nie mam. Tak, zawsze jest kolejny szczyt do zdobycia, jakiś awans, ale czułam że przecież nie żyje się tylko pracą. I wtedy przychodziło to poczucie braku czasu na relacje, na jakąś bliskość. Czegoś innego niż kawiarnia, kino, impreza… Zrozumiałam że jestem sama, zdolna, zapracowana i sama. Myślałam, że przecież ludzie niezdolni są sami, ale ja? Zrozumiałam że chodzi tu o inną zdolność, zdolność do odwzajemniania. Były jakieś powiedzmy „starty” albo „startery” do mnie 🙂 Ale jakoś tego nie czułam. Może to nie ten styl, ta osobowość, ta zaradność i brak stabilności? Podobno każda z nas szuka jakiegoś rodzaju poczucia bezpieczeństwa i podobno nie musi się to wiązać z zaradnością finansową ale bardziej z wiernością i radzeniem sobie w życiu. Czy znając wiele osobowości wiemy którą wybrać na zawsze i czy to tak naprawdę jest właściwym kryterium? Musi być to coś, to zauroczenie, ta aura, tęsknota i spełnienie to flow. Ale na to musi być czas i okazja 🙂 Ale jaki czas bo okazje to bywały 🙂 Nawet czas z okazją albo okazja w dobrym czasie 🙂 Ach, może na wakacjach na krótkim wypadzie, ale jakoś dziwnie mi się to kojarzyło 🙂 Tak, jak powiedzenie po pracy 🙂 Dziewczyno po pracy czekają chłopacy, jak mówiła mi koleżanka 🙂 Tak więc bieg od spotkania na spotkanie i szybkie odreagowanie 🙂 lub rozmyślanie, myśl za myślą i nihilizm w najlepszym wydaniu 🙂 Co zdarzało mi się coraz częściej wieczorami. Wtedy jakiś seans romantyczny z komputera i tęsknota i deprecha i sen. A rano od początku z domu do biura z biura do domu, z biura do kawiarni z kawiarni do domu itp. Z czasem coraz częściej zamiast na urlop to do psychoanalityka, bo to krótsze wakacje 🙂 A czas goni i goni, już nie rozumiem w jakiej pogoni 🙂 Koleżanka w pracy jakaś podniecona opowiedziała mi przy robieniu kawy że zaczęła chodzić na dziwne spotkania, które ją zmieniają i na których rozmawiają o Bogu i się modlą. Uuuuuu, podpadła mi ale i zaciekawiła. Miałam dystans ale i ciekawość bo była jakoś pozytywnie tym nakręcona 🙂 Któregoś razu zapytała czy może się o mnie pomodlić byłam zaskoczona ale stwierdziłam że pewnie i może. Byłam jeszcze bardziej zaskoczona gdy położyła mi na raminiu rękę i coś wymamrotała i mówiła jakieś błogosławieństwa nade mną. Myślałam że pomodli się o mnie w domu a tu nagle coś takiego 🙂 Ale znałyśmy się już trochę i jakby w tym zaufaniu pozwoliłam sobie pomóc w takiej niespotykanej jak dotąd przeze mnie formie 🙂 Poczułam dużą empatię bez słów, i jakby uspokojenie, ulgę i nawet jakąś tęsknotę aby to trwało. Podziękowałam bo rzeczywiście poczułam się może nie wyzwolona ale spokojniejsza. Koleżanka zaprosiła mnie do swojego domu na tzn grupkę domową. Przypomniała mi o tym kilku krotnie. Któregoś następnego tygodnia znowu mnie zaprosiła. Akurat miałam wolny wieczór więc albo film albo spotkanie u koleżanki. Jakoś w myślach czułam barierę czy chcę uczestniczyć w nieznanych mi obrządkach. Mówiła że tam śpiewają, modlą się i rozważają Pismo Święte. I w czym niby miało by mi to pomóc? Niby w coś wierzę ale każdy ma jakieś swoje wyobrażenie bóstwa czy wieczności. Ale nie do końca wiedziałam nawet jakie ja mam gdy tak pomyślałam. Byłam wychowana jako katoliczka ale rodzice raczej nie praktykowali tej wiary. Wyłącznie okazyjnie gdy wiązało się to z jakimś ślubem, chrztem. Trochę zaciekawiło mnie w co wierzy koleżanka i jej grupa albo bardziej jak to u nich działa. Nigdy raczej nie byłam zamknięta ale jakoś ciężko mi było wybrać się na to spotkanie. Jednak czując ciekawość i jakiś rodzaj zobowiązania przed koleżanką wybrałam się tam. Była to kilkunastoosobowa mieszana grupa w różnym wieku. Gdy weszłam już od początku było dość rozmownie i wesoło, widać dobrze się znali. Chociaż nie czułam się tu jak u siebie to szybko udzielił mi się dobry nastrój towarzyski. Ale wciąż nie wiedziałam jakiego rodzaju czeka mnie wydarzenie. W którymś momencie jeden chłopak z gitarą dał znać o rozpoczęciu spotkania, dziwnie się modląc i zaczął grać pieśni religijne, chociaż nie typowe jak dla mnie. Była to muzyka jak mówili nie religijna chociaż chwaląca Boga i Jezusa. Nie religijna bo bardziej jakby rockowa ale również spokojna. Niektóre piosenki podobały mi się i też zaczęłam patrząc na słowa trochę dośpiewywać 🙂 Było to wszystko szczere i serdeczne, tak to czułam. Oni tym żyli. potem była wspólna modlitwa, gdzie każdy w wolności mógł zwracać się do Boga i do Jezusa. Ktoś zapytał mnie czy chcę aby się o coś pomodlić albo czy chcę aby się o mnie pomodlić. W dobrej atmosferze zgodziłam się i kilkoro osób modliło się nade mną również jak mi powiedzieli prorokując, czyli oznajmiając Boże prowadzenie w moim życiu. Zaciekawiło mnie to. I czułam rzeczywiście dobrą aurę 🙂 Potem było słowo czyli analizowanie fragmentów z Pisma Świętego i w dalszej kolejności poczęstunek i rozmowy. I tak zaczęłam od czasu do czasu uczęszczać na te spotkania. Również w niedzielę na sali. Poznawałam ludzi nowe koleżanki i kolegów, szczególnie jednego, który potem stał się moim mężem. Nie było już depresji był sens życia dla rodziny i dla Boga, albo w Bogu z rodziną. Wiem że depresja opuściła mnie przez indywidualną i grupową bliskość ze stwórcą co każdemu zdepresjowanemu zalecam i polecam 🙂 Bóg stwarza życie jakby na nowo kiedy z Nim przez nie idziesz. Zataczasz inny krąg wydarzeń niż żyjąc w pewnym sensie samemu albo na własną rękę 🙂 Warto poznawać Boga. To poznanie już wiem przychodzi przez poznawanie osoby Jezusa, jego słów, obietnic, pragnień w tym dla Ciebie.

Ps. W tym wszystkim poznałam wiele osób wierzących i nie koniecznie religijnych 🙂 Religijny czyli jakby kultywujący obrządki, zwyczaje i nakazy religijne. Duch Święty inaczej prowadzi, pociąga inaczej serce i zawsze ku dobremu 🙂

Bóg nie jest tym jak Go wymyślą ludzie ale jest żywy czyli przejawia się w życiu.